Tak, dziś długo nie mogłam zasnąć. Ratunkiem się okazał telefon po północy do przyjaciółki. Kilka wymienie zdań i już człowiekowi lepiej, troszku?
Co mi nie dawało spać? To co zawsze, czyli moje MYŚLI, PRZEMYŚLENIA, PRZEMYŚLUNKI.
Takie tam
Ks. Pawlukiewicz w jednej ze swoich genialnych konferencji nawiązał do takiej anegdotki.
Każdemu z nas zdarzyło się kiedyś przybijać gwóźdź, i w pewnym momencie został on wykrzywiony. Wypadałoby go wyciągnąć i wbić nowy, ale nie. Łatwiej taki zaklepać, przybić na siłę...
Może to złe nawiązanie ale myślę, że w moim sercu jest właśnie taki krzywy gwóźdź. Rana po nim goi się już bardzo długo, przyzwyczaiłam się do swojego życia. Powili stworzyłam nowy mały świat i pogodziłam się z obecnym stanem rzeczy. (rozum) Mam kilka ludzi, do których już wiem,że mogę zdzwonić i w środku nocy. Obudzę ich a oni będę się cieszyć, że im ufam. Ale to są wyjątki. I rzadko im mówię co tam naprawdę dzieję się w moim wewnętrznym Ja. Nie chce przelewać na ludzi swoich smutków.
Tak więc żyłam sobie już całkiem normalnie, stworzyłam sobie coś na wzór "samotni" wśród ludzi. Całe życie walczyłam o akceptację i zrozumienie. Było mi dobrze jak jest. Czasem tylko wracały wspomnienia dawnego uczucia i osoby, ale nauczyłam się tłumić lub po prostu skutecznie robiła to moja poduszka... Nie pozwoliłam nikomu przebić się przez moją "wew. barierę", mój niewidzialny pancerz obrony. Tęsknota wróciła na wakacjach. (serce) Ale rozum skutecznie je stłumił. I tak zaczęłam kolejną wewnętrzną walkę. I właśnie kilka dni temu poznałam kogoś, kto ma tyle podobnego, że aż wydaję się do nierzeczywiste. Serducho się ucieszyło i pozwalało sobie na coraz śmielszy uśmiech. Ale wczoraj, wczoraj odezwał się rozum. On skutecznie poruszył moim "gwoździem" i przypomniał jak straciłam ostatniego przyjaciela. Moje lekarstwo na smutki, nierozłącznego towarzysza, znającego mnie jak nikt, wypełniającego każdy mój dzień i myśli. Ale tak miało być.
"Prawdziwy przyjaciel to ten, który wie o tobie wszystko i mimo to wciąż cię kocha" to motto przeczytałam wczoraj w nocy ze strony tytułowej mojego śpiewnika.Jak ja dawno do niego nie zaglądałam!
Więc wczoraj wieczorem pierwszy raz pozwoliłam sobie na sentymentalność i rozmowę o sprawach, które były okryte strefą tabu. I to tak strasznie zmętliło mi myślenie i mój wewnętrzny spokój.
Zawsze starałam się pomagać ludziom, być dobrym człowiekiem i pomagać im na ich smutki. Ktoś mi kiedyś powiedział, że powinnam zacząć myśleć o sobie. I troszku zaczęłam.
Chciałabym być szczęśliwa. Nie myśleć tyle i nie rozkładać wszystkiego na części pierwsze. Ale ja tak nie umiem. Myślę, że dzisiejsi ludzi są poranieni przez życie. Każdy ale w różnym stopniu. Ja moje poranienia tak mocno zagwoździłam, że ruszane strasznie boją. Dlatego staram się ich nie ruszać.
Zostałam zraniona w życiu przez wiele ludzi, ale nigdy nie miałam do nich żalu i złości. Zawsze starałam się ich zrozumieć i uzasadnić. Przebaczenie- jedno z moich ulubionych słów.
Może byłam w życiu za mało przytulana i przez pół życia porównywana do brata, który w oczach rodziców (ja to tak odbierałam jako dziecko) był tym lepszym, mądrzejszym. Wiem, że oni mnie kochają ale ja zawsze czułam się tą gorszą. Dlatego brak mi pewności siebie.
Oaza nauczyła mnie pracy nad sobą i budowaniu odwagi. To dzięki niej nauczyłam stanąć przed ludźmi i nie stresować się tam bardzo. To ona uczy mnie pozytywnego myślenia i uczy dowartościowania.
Ale długa droga przede mną. Baaardzo długa.
I jak serce ma być szczere wobec rozumu, to tak brakuje mi miłości. Ale boję się też na nią znów otworzyć i zaufać. Bo nie wiem czy moja poszarpana psychika zniosłaby kolejne rozstanie z czymś tak cudownym jak prawdziwa miłość, ta ludzka...